Czy mediacja w rodzinie, w momencie rozpadu więzi, nie jest próbą pogodzenia tego, co z natury sprzeczne?
Patrząc z tej perspektywy mediacja rodzinna rzeczywiście może wydawać się oksymoronem. Umęczone konfliktem strony często przychodzą do mediacji z poczuciem krzywdy, złością, strachem o przyszłość albo głęboką potrzebą obrony własnej pozycji a czasami też chęcią odwetu.
Pojawia się pierwsze niezrozumienie a wraz z nim pogłębia się poczucia krzywdy…
Dlaczego?
Bo mediacja oczekuje od nich czegoś, co w takich okolicznościach wydaje się nieomal niemożliwe i wzajemnie sprzeczne:
Z jednej strony obrony własnych potrzeb i chęci do wysłuchania drugiej strony; determinacji i pokory; artykulacji własnej prawdy i otwarcia się na perspektywę współrodzica czy partnera.
W mediacjach rodzinnych szczególnie ważne jest rozróżnienie między słuchaniem a słyszeniem. Można słuchać by odpowiedzieć i odeprzeć argument – w tej sytuacji słowa słyszane są bardziej jako dźwięki a ukryta w nich treść pozostaje gdzieś poza – ale można też słyszeć – czyli dostrzegać emocje, potrzeby i obawy, które stoją za komunikatem drugiej osoby.
Takie przejście często stanowi punkt zwrotny w procesie mediacji i daje szansę na wypracowanie porozumienia aby jednak do tego doszło niezbędna jest dojrzałoś
małżonków lub partnerów. Dorosłość jest kategorią biologiczną i społeczną, ale dojrzałość jest wyborem i umiejętnością a ta nie zawsze przychodzi wraz z wiekiem.
Dojrzałość to zdolność do refleksji nad sobą i własną rolą w konflikcie, w sytuacji okołorozwodowej to umiejętność uznania potrzeb dzieci ponad własną ambicję czy poczucie zranienia, to też gotowość do współpracy tam, gdzie wspólna droga jako pary już się kończy, ale wspólna odpowiedzialność rodzicielska trwa.
Dojrzałość to też opanowanie emocji na tyle, by prowadzić rozmowę, a nie walkę; dialog, a nie monolog; szukanie rozwiązań, a nie zwycięstwa.
W mojej opinii jako mediatora, psychologa i psychoterapeuty w mediacjach okołorozwodowych dojrzałość partnerów jest wręcz fundamentem porozumienia. Bez niej rozmowa zamienia się w przerzucanie argumentów, walkę w stylu: „kto ma gorzej” a negocjacje – w próbę udowodnienia winy.
Wraz z dojrzałością pojawia się możliwość realnego spotkania z drugim człowiekiem m.in. po to aby uzna
, że jako rodzice nadal będą obecni w życiu dzieci a sposób zakończenia relacji małżeńskiej czy tego chcą czy nie stanie się dla ich dzieci wspomnieniem i wzorem na długie lata.
Wracając do pytania czy mediacja rodzinna to oksymoron? Mogę odpowiedzieć w dwojaki sposób:
TAK, bo próbuje łączyć przeciwieństwa – spór i porozumienie, walkę i dialog. Wymaga od stron jednoczesnej gotowości do obrony swoich potrzeb i otwartości na potrzeby drugiego człowieka. Domaga się, by osoby w konflikcie potrafiły rozmawiać o tym, o czym często trudno mówić nawet samemu sobie
NIE, jeśli damy sobie chwilę na zastanowienie i zobaczymy, że to właśnie paradoks rozmowy prowadzonej w momencie rozpadu tworzy szansę na konstruktywne decyzje.
Warunkiem tej szansy jest jednak dojrzałość partnerów – nie jako ideał ale jako praktyczna umiejętność, dzięki której możliwe staje się porozumienie, nawet jeśli zgoda nie jest pełna, a emocje nadal są żywe.
To właśnie ta pozorna sprzeczność stanowi istotę mediacji. To przestrzeń, w której konflikt nie musi prowadzić do eskalacji, lecz może stać się impulsem do zmiany. Mediator, jako bezstronny towarzysz procesu, pomaga stronom przekształcić energię sporu w konstruktywny dialog. W tym sensie mediacja nie jest oksymoronem – jest pomostem, który łączy napięcie z możliwością odbudowy relacji, a różnice z szansą na porozumienie.